Wszystko zaczęło się od mojej manii natręctw i wkrętce w życie bliżej natury. Zawsze fascynowały mnie drzewa, szczypiorek rosnący na grządce, ale raczej nigdy nie dochodziło do eksperymentowania w domu (mój ostatni eksperyment nawiązujący do natury to chyba kolonia kryształów na nitce umieszczonej w słoiku – w drugiej klasie). Aż tu nagle wybuchło. 

Najpierw weszło mi mocniej w krew zero waste – zaczęłam pisać petycje do piekarni, żeby pozwolili mi brać pieczywo do własnego worka, wiecie, takie tam protestowanie bez narażania się na zgarnięcie na dwa cztery do aresztu. Potem zaczęłam nagle zauważać, że w pobliżu mojego domu i w ogóle – w bardzo wielu miejsca, nawet na osiedlach, rosną sobie dzikie jabłonie. 

Dzikie, czyli niepryskane, eko, bio z dodatkiem niewielkiej ilości miejskich spalin. I tak lepiej niż nawożone i pryskane ze sklepu. Tak sobie spadały, a ja pomyślałam, że skoro i tak nikt ich nie zbiera, może mogłabym to zrobić ja i ugotować z nich kompot. No i właśnie tak zrobiłam.

Proszę, jak niewiele do szczęścia potrzeba

Przy okazji – najlepszy na świecie kompot:

1. opłucz jabłka

2. przekrój na pół

3. wrzuć do garnka

4. nalej tyle wody, żeby przykrywały owoce (nie więcej!)

5. jeśli chcesz, dodaj cynamon, kardamon itp.

6. gotuj aż zmiękną/rozgotują się – ile masz czasu

7. do lodówki z nim – idealny napój na upały/ w temperaturze pokojowej

Rozkręciłam się z produkcją kompotu, ale było mi mało. No i wtedy przypomniałam sobie, jak mój dziadek, w ramach eksperymentu, robił ocet ze skórek jabłek na bazie przepisu z Chwili dla Ciebie (słuchając przy tym Radia Piekary, daję sobie obciąć rękę). 

Decyzja zapadła – robimy ocet. Krok drugi – Google.

PRZEPIS:

(najprostszy, bez żadnej dodatkowej filozofii)

  1. Zbieramy jabłka
    Super, jeśli są dzikie, z ziemi – jeszcze lepiej. Jeśli nie, sklepowe oczywiście też będą w porządku.
  2. Myjemy jabłka
    Bez szorowania! Dzikie jabłka mają na skórce naturalne bakterie, dzięki którym fermentacja będzie szła sprawniej. Wystarczy opłukać zimną wodą (niektórzy jedynie otrzepują z piasku, ale dla mnie to już trochę too much of wild nature). Sklepowe umyjmy trochę dokładniej, ale bez przesady. Tak – jak zrobilibyśmy to do jedzenia.
  3. Kroimy jabłka na mniejsze kawałki
    Mogą być połówki, ale ćwiartki lepiej upchniemy w słoiku. Jeśli jabłko jest robaczywe – bez łez – okrójmy dookoła to, czego nie zaatakował robaczek, a resztę wyrzućmy do kosza. Robaczki są oznaką natury nieskażonej chemią :) Jabłek nie wrzucajmy więcej niż do 3/4 słoja.*
Robaki = Eko, Bio, Lans, Białko
  1. Przygotowujemy „zalewę”
    Na litr wody potrzebujemy kilku łyżek cukru, ja dałam dwie, ale niech będzie po prostu kilka 2 – 5. Nie martwcie się, ocet nie będzie słodki. Cukier i woda zamienią się w alkohol. Zalewę robię tak: wlewam wodę, dodaję cukier i wlewam trochę wrzątku, ale dosłownie trochę – tylko tyle, żeby cukier szybciej się rozpuścił.
  2. Zalewamy jabłka tak, żeby były przykryte*
  3. Nakładamy na słoik zabezpieczenie
    Listek ręcznika papierowego/papieru toaletowego/szmatki/gazy (kto ma w domu gazę?!) i oplatamy gumką recepturką/do włosów, sznureczkiem. Ustawiamy w jakieś zacienione miejsce, gdzie słój nie będzie nam przeszkadzał (ja preferuję pod stołem :) )
  4. Mieszamy miksturkę raz dziennie
    drewnianym mieszadełkiem (podobno drewno jest lepsze, nie wiem, ale stosuję się). Wystające z wody jabłka mogłyby zapleśnieć, a tego bardzo nie chcemy. To dokładnie taka sama historia jak z ogórkami małosolnymi.
  5. Miksturka stoi tak sobie 2 – 3 tygodnie
    aż zniknie piana (nie zbieramy jej!!!), a jabłka, a przynajmniej ich część, opadną na dno słoja – będą wtedy brązowawe) – KONIEC FERMENTACJI ALKOHOLOWEJ, zaczyna się FERMENTACJA OCTOWA.
  6. Możemy używać octu (oddzielonego od owoców), ale najfajniej, jeśli poleży jeszcze chwilkę – wtedy zlewamy ocet przez sito do dużego naczynia, myjemy słój i przelewamy ocet przez sito z powrotem do słoja. Znów przykrywamy ręcznikiem i gumką. Niech sobie tak jeszcze chwilę poleży, tydzień – trzy. Będzie klarowniejszy. Potem można przelać go do butelek/słoików, zakręcić i przechowywać :)

Ocet jest jak wino – czym dłużej leżakuje, tym lepszy będzie 

*w słoiku finalnie musi zostać trochę miejsca na wytwarzającą się podczas fermentacji pianę; ja zostawiam wolną przestrzeń między „zagięciem” słoika a jego górą (lub ciut więcej);

ALE NA CO TO?

TONIK

Do twarzy, zamiast drogeryjnych. Będzie miał pH dopasowane do pH skóry, więc idealnie. Proporcje: zacznijcie od 1:4 1:4 ocet + woda. Nie ma co przesadzać na początek. Efekt: naprawdę gładsza skóra!  Podobno też zwężone pory i szybsze gojenie, ale aż tak mocno się nie przyglądałam. 

PŁUKANKA DO WŁOSÓW

Zakwasza włosy = domyka łuski = gładsze włosy. Nie ma co przesadzać z ilością, bo przesada nigdy nie jest dobra. ok. 3 łyżek na litr wody, lub spsikanie włosów tonikiem z poprzedniego akapitu :) Bez spłukiwania, oczywiście!

SOS DO SAŁATKI 

  1. Musztarda
  2. Oliwa
  3. Sół i pieprz
  4. Ocet

Nie zdradzę Wam przepisu, bo zawsze gotuję na oko :) Próbujcie i miksujcie zgodnie z własnymi kubkami smakowymi :)

DO SPRZĄTANIA

Woda + ocet – to już znana mikstura. Dlaczego by nie ocet jabłkowy? Ok. 1:3 1:4 octu do wody będzie okej. Czuć zapach octu, ale ulatnia się. I naprawdę da się tym wyczyścić wszystko, nawet kamień z baterii. Tylko bez przesady z tą ilością octu ;)

DO PICIA

Podobno zawiera minerały, witaminy, antyoksydanty i  jest superzdrowy. Amerykańscy naukowcy i ludzie z Internetu twierdzą, że to prawda, ale ja nie mam pojęcia, więc czasem po prostu dolewam sobie łyżkę do wody z miodem, bo raczej mnie to nie zabije, a jeśli miałabym od tego być bardziej fit & healthy, to czemu nie.

DO ZAGLĄDANIA POD STÓŁ

Obserwując proces fermentacji, czuję się dokładnie jak wtedy, kiedy 15 lat temu podglądałam mojego chomika, który ugniatał sobie łapkami jamkę w trocinach. Such fun! :D

Where it all starts

Jeśli coś wykombinujecie, oznaczajcie mnie koniecznie na Insta – @judytapekala!

Materiały, z których korzystałam
1. Ocet – cała teoria
2. Tonik – Herbiness.com

Spróbujesz, czy jednak bleee