Czytając najnowszą książkę Miłoszewskiego uświadomiłam sobie jeszcze dobitniej, że życie to chwila.

A wiecie, pesymiści i tak zdają sobie z tego sprawę bardzo dobitnie. Z miesiąca na miesiąc, a właściwie z dania na dzień, czas przelatuje mi przez palce coraz szybciej. Nie robię wszystkiego, co bym chciała, ale to nie tak, że tego żałuję. Jeśli po przyjściu do domu nie chciało mi się już kiwać paluszkiem, to tak miało być.

Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie blond. Póki co, tylko metaforycznie, bo fizycznie jeszcze go tam nie było. Muszę powiedzieć, że coraz krócej biję się z myślami – czy coś zrobić, czy nie. Szkoda zmarnować życie na myślenie, jeśli to życie jest wybitnie krótkie, prawda? To jak kupić sobie lody i zastanawiać się, czy aby na pewno je zjeść w czasie, kiedy coraz mocniej topnieją.

Nie wychodzę z założenia, że jest coś takiego w życiu, jak odpowiedni czas na realizację swoich marzeń i planów. Że teraz nie wypada, że potem, na emeryturze, jeszcze nie teraz. Nie chcę odkładać na później, bo nie wiadomo, co może być później.

Raczej nie przytrafi nam się drugie życie, więc nie możemy sobie pozwolić na przeżycie tego na pół gwizdka. I to nie oznacza szaleństwa i gorączkowego wypełniania kalendarza. Raczej motywację do tego, żeby żyć na co dzień tak, jak w głębi serca tego chcemy.

Może w blondzie.