Trochę późno jak na takie odkrycie, prawda? Z drugiej strony – lepiej późno niż wcale. Kiedy człowiek ma sporo obowiązków, rzeczy do zrobienia i spraw do załatwienia, nie może wszystkiego zrobić idealnie, bez uszczerbku na swoim samopoczuciu. Nie wierzę w bajki o perfekcyjnie zorganizowanych ludziach, którzy przez dwanaście godzin dziennie wykreślają kolejne pozycje z listy, a potem mają jeszcze czas na odpoczynek i ani trochę nie czują się wytrąceni z życiowej równowagi.

Zdradzę Wam coelhizm zmieniajacy życie:

wybierając jedną rzecz, rezygnujesz z innej

Być może nie w stu procentach, ale w jakiejś części na pewno.

Spisując swoją listę postanowień noworocznych, świadomie wpisałam na nią sporo pozycji. Wiedziałam, że być może nie uda mi się zająć w tym roku każdą z nich, ale chciałam mieć je wszystkie na widoku.

Już trochę nieświadoma zagrożeń spisałam sobie małe cele na styczeń. Małe w moim przypadku oznaczały nierealne. Nie wzięłam pod uwagę wielu czynników, które w styczniu uniemożliwiły mi ich realizację, a których wystąpienie mogłam przewidzieć.

Sesja, stres – to tylko dwa przykładowe czynniki, ale każdy, kto miał z nimi styczność wie, że potrafią zaburzyć normalne funkcjonowanie, a co dopiero realizację większych planów.

W połowie miesiąca zdałam sobie sprawę, że nie jestem wstanie wykonać tego, co sobie założyłam. Jak się z tym czułam? Nad wyraz dobrze.

Uświadomiłam sobie, że samo spisanie planów nie było głupie, bo dzięki temu pod koniec miesiąca doszłam do tego, że niektóre z wrzuconych przeze mnie w styczeń nie były mi na tyle bliskie, żebym chciała je dopiąć z końcem miesiąc.

Tak właśnie jest – teoria jest tylko teorią, a to dopiero życie, czyli w tym przypadku wdrażanie naszych planów w małe codzienne czynności pokazuje, czy nasza teoria sprawdza się dla nas w praktyce.

Przez ostatni czas dowiedziałam się też, czego tak naprawdę teraz potrzebuję. Moja ambicja ciężko znosi ten wybór, za to głowa chwali go każdego dnia. Okazało się, że teraz najwięcej siły chcę poświęcić na zwiększanie ilości jakościowego czasu — quality time, w moim życiu.

Być może w ciągu najbliższych tygodni nie nauczę się nowego języka, nie pójdę na żaden doszkalający kurs, za to nauczę się cieszyć bardziej swoim życiem i codziennością.

Teraz to jest dla mnie największą potrzebą i wartością, bo coraz mocniej zdaję sobie sprawę z tego, że nasze zadowolenie z życia nie opiera się na tym wszystkim co mamy, na pracy, egzotycznych wakacjach, kosmetykach, ale na tym, jak do tego posiadania i do codzienności podchodzimy, jak się w niej czujemy.

Tak właśnie jest, moi drodzy –

 życie to w istocie sztuka wyboru

Niekoniecznie ambitnego, niekoniecznie obiektywnie wartościowego. Takiego, z którym czujemy się dobrze i którego potrzebujemy tu i teraz, żeby miło nam się żyło.